Wojna jest sztuką - recenzja Gwiezdne Wojny Trylogia Thrawn'a




Jeśli mielibyście wskazać najbardziej znanego, złego charaktera z uniwersum Gwiezdnych Wojen, to kto by nim był? Darth Vader, Darth Sidious a może Count Dooku lub jego uczennica Asajj Ventress? Bez wątpienie istnieje sporo bohaterów, którzy mogą nas przyprawiać o co najmniej gęsią skórkę.

Jednak pośród wszystkich tych postaci pomijani są Ci, którzy nie muszą sięgać po przemoc i strach, aby zyskać oddanie i bezwzględne posłuszeństwo poddanych. Ich siłą jest intelekt i analityczne myślenie. A kto, jak nie Wielki Admirał Thrawn jest tego najlepszym przykładem. Genialny strateg wojskowy Imperium i przywódca Siódmej Floty zawsze wyprzedzał swoich wrogów o trzy kroki i miał odpowiedź na każdy ich ruch. To właśnie on będzie dzisiaj w centrum uwagi.

Tak wiem niektórzy zapytają, a co z głównymi bohaterami trylogii: Leią Organa, Hanem Solo i Lukiem Skywalkerem? O nich też będzie, ale w trochę mniejszym wydaniu. Nie będzie to klasyczna recenzja, a raczej subiektywna oceny całego wydania. I uwaga! Wpis zawiera spoilery. Tyle słowem wstępu, a teraz konkrety.

Gwiezdne Wojny: Trylogia Thrawn’a wyszła spod pióra Timothego Zahna – amerykańskiego pisarza science- fiction. Pierwsza część ukazała się w Polsce w 1994 roku i nosiła tytuł „Dziedzic Imperium”. Następne dwie książki „Ciemna strona Mocy” i „Ostatni rozkaz” miały premierę w 1995 roku. Mimo, że pierwotnie książki ukazały się jakiś czas temu, to polskie wydawnictwo Uroboros postanowiło wznowić ich wydanie i takim sposobem są one ponownie dostępne w księgarniach. Od razu zaznaczę, że wspomniane pozycje przeczytałam po raz pierwszy w tym roku. Nie jestem starą i zagorzałą fanką Gwiezdnych Wojen – moja miłość do nich narodziła się stosunkowo niedawno i  staram się powoli nadrabiać zaległości. Musicie mi to wybaczyć ;)

A teraz wróćmy do tematu. Po pierwsze, fabuła trylogii toczy się po zniszczeniu dwóch Gwiazd Śmierci i pokonaniu Dartha Vadera przez Sojusz Rebeliantów. Nowo powstały rząd Republiki osiedla się na Coruscant, gdzie stara się utrzymać stabilność oraz ostatecznie pokonać resztki sił Imperium w odległych rejonach galaktyki. Okazuje się, że zadanie nie jest łatwe do wykonania ze względu na tajemniczego admirała, który obejmuje dowództwo nad pozostałościami floty imperialnej i prowadzi ich od jednego zwycięstwa do drugiego. W tle mamy jeszcze do czynienia z szalonym mistrzem Jedi, zdradą w najwyższych szeregach wojskowych Nowej Republiki i zagadkowym informatorem, który dostarcza Imperium wiadomości na temat wydarzeń w Pałacu na Coruscant.

Akcja jest spójna i naturalnie przechodzi z wydarzeń z jednej książki do drugiej. Zalecam przeczytanie wszystkich części. Wybiórczość niestety może skutkować pogubieniem się w późniejszych odniesieniach czy kontynuacji niektórych wątków. Ogólnie trylogię czytało się szybko i muszę przyznać lekko. Styl autora i sposób poprowadzenia postaci jest przekonywujący i konsekwentny. Mamy tutaj do czynienia z tym, za co wiele osób kocha Gwiezdne Wojny: klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Opisy walk, statków czy wyglądu planet (Kashyyyk, Myrkr, Honoghr) i jego mieszkańców są idealnie wyważone. Podziwiam Zahn’a za jego szczegółowe przedstawienie elementów statków Imperium i dopiero co powstającej floty Nowej Republiki. Osobiście jest to dla mnie smaczek, który naprawdę zasługuje na uwagę.

Co jeszcze mnie urzekło? Te drobne kąśliwości i znane nam dobrze z filmów powiedzonka, które są mocno obecne zwłaszcza w dwóch, pierwszych częściach. Osobiście medal za najlepsze riposty dostaje Han Solo, który świetnie kwituje związek z Mocą Lei i Luke’a.

Sam pojedynek Mary Jade i Luke Skywalkera z klonem Jorusa C’Baotha nie przykuł mojej uwagi na tyle, co dialogi między kapitanem Palleonem i Wielkim Admirałem Thrawnem. Doskonale prezentują i tłumaczą sposób działania głównego dowódcy sił Imperium z punktu widzenia trzeciej osoby. Co więcej, wielki mistrz Jedi jawi nam się jako marionetka w rękach wielkiego admirała. To co zapadnie mi w pamięć na długo, to moment tłumaczenia kapitanowi Palleonowi zamiłowania do sztuki i historii mieszkańców planet, które Thrawn zamierzał podbić. Wierzy on bowiem, że aby zrozumieć dany lud i motywy jego działania, trzeba poznać i zgłębić jego sztukę i tradycję.

Thrawn jawi nam się jako inspirujący lider, ale również jako postać, przed którą nic i nikt się nie ukryje. Tak jakby czytał w myślach swoich przeciwników i przewidywał każde ich posunięcie. I to właśnie wywołało u mnie gęsią skórkę. Zdałam sobie sprawę, że Thrawn przejął kontrolę nad decyzjami swoich wrogów oraz co ciekawsze sojuszników. Nieświadomi niczego bohaterowie stali się, jak sam to podkreślił: „architektami własnej zagłady”. (odniesienie do Star Wars Rebels: sezon 3)

Rozpracowanie przez Leię tajemniczego źródła Delty, czyli głównego informatora Thrawna w Pałacu Imperialnym na Courscant, było naprawdę zaskakujące i ciekawe. Szczerze przyznaje, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, a moim głównym podejrzanym była zupełnie inna osoba. Związek ludu Noghri z Imperium oraz sposób uwolnienia ich spod kłamstw lorda Vadera i Imperatora Palpatine’a również jest ciekawie przedstawiony i pokazuje jak wiele narodów i planet zostało wykorzystywanych przez zapędy wielkich ludzi władających galaktyką.

Na zakończenie warto również wspomnieć o bohaterach drugoplanowych, takich jak przemytnik Talon Kaarde czy Mara Jade – szpieg i dawna Ręka Imperatora. Ich droga ze świata przestępczego na łono Nowej Republiki to prawdziwy rollercoster i coś nowego w dobrze znanej nam historii Gwiezdnych Wojen. Osobiście podobało mi się moment, gdzie Leia uśmiechnęła się na myśl, że Karrde jest podobny do Hana Solo, który kiedyś również zarzekał się, że nie przystąpi do Nowej Republiki. Coś w tym musi być… może właśnie za to zawsze kibicuje tym, którzy walczą o przegraną sprawę.

Podsumowując, polecam Star Wars: Trylogia Thrawna całym moim rebelianckim sercem. Jeśli chcecie uzyskać więcej informacji o genialnym strategu i czarnym charakterze Imperium, obejrzyjcie sobie Star Wars: Rebelianci, sezon 3 z muzyką Kevin Kinera w tle i głosem Larsa Mikkelsena w roli Thrawna, który dosłownie mrozi krew w żyłach.